Trasa Transfogarska -czyli motocyklowa przygoda typu „Based on true story”

Posted by

Motocyklowa wyprawa do Rumunii miała być tylko początkiem trasy przez Bałkany.
Rok wcześniej moja praca zmusiła nas do powrotu z pod Budapesztu. Tym razem miało być inaczej, jednak los znów nie był dla nas łaskawy…
Pierwszy tydzień urlopu spędziłem szukając nowego silnika do mojego motocykla, bo tuż przed wyjazdem okazało się, że w moim są prawie zatarte panewki. Po wielu perypetiach i licznych wizytach u znajomych i nieznajomych mechaników, udało mi się doprowadzić mojego DL 1000 do pełnej sprawności. „Głód” dostał nowe serce od sportowego Suzuki SV 1000 i razem z Marcinem i jego TDM 850 mogliśmy wreszcie jechać.

Naprawa chłodzenia

Na Bałkany nie było już czasu, więc postanowiliśmy przejechać słynną trasę Transfogarską w rumuńskich Karpatach jadąc przez Słowację i Węgry.
Paralotnia, którą wziąłem okazała się zbędnym bagażem. Nie było pogody, albo w pośpiechu nie udało nam się odnaleźć startowisk, jednak przekonałem się, że wyjazd paralotniowo – motocyklowy jest całkiem możliwy.

Kemping przed Karpatami

Kemping przed Karpatami

Lato na Węgrzech i w Rumunii jest zwykle bardzo gorące, więc odpowiednie ubranie motocyklowe to dość istotna kwestia. Marcin jechał w motocyklowych jeansach, które dobrze się mu sprawdzały. Ja przekombinowałem i kupiłem przewiewne spodnie motocyklowe Modeka Mesh 2 -nie polecam. W trasie wyszły dwa problemy: 1) pomimo dobrego rozmiaru, ochraniacze na kolanach przesuwały mi się na uda. 2) po kilku dniach przetarł się szef na tyłku. Po powrocie zwróciłem spodnie i kupiłem jeansy z kevlarem i ochraniaczami. Fajne, wygodne, przewiewne.

Pierwsze wrażenie

Pierwsze wrażenie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Karpaty od północnej strony o poranku

Karpaty od północnej strony o poranku

Trasa Transfogarska okazała się o wiele lepszej jakości, niż się spodziewałem. Większość trasy przez Karpaty ma nowy, ładny asfalt. Nawet jeśli nie jest nowy, to nie ma jakiś strasznych dziur i o ile nie jest mokro, można jechać całkiem szybko.
Trasa ma długość ok 150 km, jednak dobrze przeznaczyć na nią cały dzień. Jedziemy właściwie cały czas ostrymi serpentynami, gdzie spokojnie można przecierać podnóżki, czy schodzić na kolano. Po drodze przejeżdżamy przełęcz na 2034 m npm, za którą pogoda diametralnie się zmienia. Wszystkie chmury zostawiliśmy po północnej stronie, na południu było o wiele bardziej pogodnie.

Widok z przełęczy na południe

Widok z przełęczy

Po drodze mijamy ruiny ponoć autentycznego zamku Draculi, czyli Vlada Palownika. Dowiedzieliśmy się, że słynny zamek w Bran jest tylko atrapą dla turystów, prezentuje się bardziej dostojnie, więc został wypromowany jako była siedziba Draculi. Prawdziwym zamkiem krwawego Vlada był ponoć ten w Poienari, którego ruiny można oglądać przy Trasie Transfogarskiej. Niewiele ostało się z dawnej potęgi, resztki murów. Na dole na parkingu sklepiki z relikwiamy hrabiego;)

Hrabia Dracula we własnej osobie

Na parkingu zdjęliśmy kurtki i chcieliśmy zrobić krótką przerwę. Odeszliśmy kilkanaście metrów od motocykli, gdy nagle jakiś młody chłopak biegł za nami i coś krzyczał. Okazało się, że Marcin zostawił na siedzeniu na wierzchu swój portfel! Chłopak, zwrócił nam na to uwagę. Uwielbiam takie akcje zwłaszcza w miejscach, które wielu osobom kojarzą się z niebezpiecznymi i gdzie lepiej uważać na swój dobytek. Kolejny dowód na to że nie warto myśleć stereotypami. Właściwie wszyscy Rumuni byli bardzo przyjaźni, żałowałem że nie mamy czasu pobyć tam dłużej.

Imponująca tama na trasie

Imponująca tama na trasie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na koniec szybki film z szybkiej wyprawy.

 

W połowie drogi

W połowie drogi

Założyciel bloga, podróżnik, osioł.