Bieszczady i Góry Słonne, czyli łączenie przyjemnego z przyjemnym

Posted by

A może by tak rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady…
Każdy miewa takie momenty, nie jest lekko, ale od czego są Bieszczady?

Ostatnio byłem tam na tzw „męskim wypadzie” kilka lat temu. Niewiele pamiętam, więc postanowiłem sprawdzić czy to faktycznie jest wciąż tak idylliczny, nieskalany stopą masowego turysty rewir, gdzie ludzie są wciąż prawdziwi i szczerzy a powietrze nie zasłania widoku.

Żeby zagwarantować sobie maksymalną ilość pozytywnych wrażeń na krótkim, kilkudniowym wyjeździe, postanowiłem pojechać motocyklem. „Głód” (motocykl) przyjemnie do mnie mruczał sunąc w ciasnych zakrętach wąskich, mało uczęszczanych dróżek z lubelszczyzny na południe.

Już w Przeworsku miałem doznać charakterystycznej dla tych stron ludzkiej życzliwości.
Na środku drogi którą sobie pyrkałem stał stary passat z młodzieżą jedzącą lody w środku. Podjechałem i zatrąbiłem przyjaźnie, żeby młodzieży nie stała się krzywda, bo w ruchu drogowym nie ma ponoć żartów.
Wtedy dziarski młodzian nieśpiesznie otworzył okno, żeby zapytać czy mam jaki problem.
Mam i to niejeden, pomyślałem, ale przecież nie będę obarczał nimi młodziana, który najwyraźniej wraz z towarzyszami próbuje zaimponować miejscowym niewiastom przy użyciu passata i lodów. Jednak miło, że zapytał.

 

Pojechaliśmy z nadzieją na latanie na paralotniach, choć nie jest to może najlepsze do tego miejsce. Bieszczadzki Park Narodowy oficjalnie zakazuje lotów paralotnią i aktywnie ciąga po sądach pilotów. Na nic tłumaczenie, że paralotnie nie hałasują, nie mają silnika, są ekologiczne, promują aktywną formę wypoczynku a ich obecność zwiększa atrakcyjność turystyczną miejsca. Dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie mając rozsądnych argumentów, stwierdził że paralotnie są dla Parku szkodliwe, bo powodują (uwaga!) …cień.
Celem ochrony przed krwiożerczym cieniem paralotniowym zakazano lotów paralotnią w obrębie Bieszczadzkiego Parku Narodowego, skutkiem czego piloci startują i lądują poza Parkiem, choć i tak często latają nad jego terenem.

Zatrzymaliśmy się w Ustrzykach Dolnych, gównie z powodu bliskości kilku startowisk paralotniowych poza terenem Parku. Najpopularniejszym miejscem jest Bezmiechowa.

2016-08-04-19-59-17

Bezmiechowa -leniwy początek

 

Bezmiechowa to przede wszystkim mekka szybowcowa. Wyciągarka wciąga szybowce z dołu na gorę, albo same startują z góry z rampy rozbiegowej.
Paralotniarzom wolno tu głównie nie przeszkadzać o czym dość szczegółowo informuje regulamin startowiska umieszczony na ścianie budki na górze. Nie daliśmy się jednak zepchnąć się do rynsztoku powietrznej braci i z zachodniej strony startu rozłożyliśmy swoje szmatki.

Pierwszy dzień był właściwie bezwietrzny. Moja teoria, jakoby termika ruszyła od południa i umożliwiła nam latanie okazała się mocno naciągana. Górka jest po prostu mała, cudów nie ma. Zrobiliśmy po krótkim zlocie i pobawiliśmy się skrzydłami na ziemi licząc na spełnienie obiecujących prognoz na następny dzień.

Wieczór upłynął w jedynej zaludnionej knajpce w Ustrzykach -pizzerio/lodziarnio/pubie -Orlik.
Smak pizzy przypomniał mi dzieciństwo, kiedy po obejrzeniu kilku amerykańskich filmów namówiłem mamę, żebyśmy upiekli pizze, bo to przecież nie może być trudne. Mama zrobiła porządne ciasto drożdżowe a ja wrzuciłem tam kiełbasę, ogórki kiszone, kukurydze i co tak jeszcze znalazłem w kuchni. Pizza urosła nad podziw duża i cała rodzina cieszyła się nią przez kilka dni.

Drugiego dnia wiało jak Pan Bóg przykazał i zabawa na górce nabrała nowych barw. Zastanawiał nas tylko brak lokalnych pilotów. Ostatecznie zdecydowałem się sprawdzić sytuację w powietrzu i zrobiłem kilka kontrolnych locików. Wiało mocno, ale ładnie. Ośmieliłem miejscowych i po jakimś czasie nad całą górką zrobiło się całkiem kolorowo.

Podniebna samojebka

Podniebna samojebka z Gusanillo

Silny wiatr i inwersja nie sprzyjały zbyt wysokim lotom, ale po południu można było w okolicy górki latać do oporu. Już miałem lądować gdy udało mi się znaleźć komin dnia i wywindować pod chmurkę na 1700 m.n.p.m. Zaraz obok mnie pojawił się jeden z miejscowych i krzyknął „lecimy?” wskazując z wiatrem na wschód. Pokręciłem głową, bo nie planowałem wizyty na Ukrainie w najbliższym czasie i odbiłem na południowy-wschód wzdłuż garbów Gór Słonnych poprzecznie do wiatru. Niedługo później okazało się to niezbyt dobrym pomysłem bo wylądowałem już po 11km. Tymczasem mój przelotny znajomy miał przed sobą jeszcze dobre kilkadziesiąt km lotu i to na terytorium RP. Moja nieznajomość przebiegu granicy trochę mnie zasmuciła. Ile to już razy słyszałem, że trzeba znać granice?

Kolejny dzień pogodowo nas nie rozpieszczał i stwierdziłem że pora na Głoda (motocykl). Klasykiem tutajszym jest mała i duża pętla bieszczadzka. Trasy słyną z dobrej nawierzchni i malowniczych widoków. Jadąc w chmurze typu nimbostratus w kierunku Cisnej nie mogłem doświadczyć ani jednego ani drugiego. Dotarłem jednak do Siekierezady -bieszadzkiego klasyka wśród knajp.
Ostatnio popijaliśmy tu sławetne wino z kega wraz z dzielnymi towarzyszami deszczowych trekkingów. Teraz grzecznie – kawka.
Siekierezada stała się bardziej muzeum do zwiedzania, niż klasycznym miejscowym barem. Knajpa przepełniona była całymi rodzinami turystów, którzy zatrzymali swoje SUVy żeby zrobić sobie fotkę z plakatem KSU.
Straciłem ochotę czekać na koniec deszczu w tym miejscu i pojechałem dalej.

Kierunek wiatru kolejnego dnia wymusił poszukiwanie innej górki. W planach było Małe Jasło z opcją na Połoniny, jednak zamiast NW wiało NE, zrobiłem więc objazd dwóch sąsiednich górek.

Laworta -górka z wyciągiem krzesełkowym, który działa niestety od czwartku do niedzieli. Poza tym nie wyglądała zachęcająco. Wąska przecinka w lesie wokół słupów kolejki.

Przejechałem dalej szutrową drogą i dotarłem na Dźwiniacz.

Głód i Vivienne -połączenie przyjemnego z przyjemnym

Głód i Vivienne -połączenie przyjemnego z przyjemnym

Dźwiniacz okazał się strzałem w dziesiątkę. Malownicza, niewysoka górka z trawiastym połaninowym szczytem. Bardzo łagodna i klimatyczna. Bawiłem się skrzydłem na starcie, wiało zbyt słabo żeby dłużej utrzymać się w powietrzu a nie chciało mi się robić 10 min zlota. Najpierw przyszedł miejscowy starszy Pan i opowiedział mi historię swojego życia i tej górki, które wzajemnie się przeplatały i były nierozerwalne. Później miejscowy paralotniarz na spacerze z rodziną opowiedzieli mi wszystkie aspekty lokalnego latania.

Zrobiło się milo i spokojnie. Dobrze. Przecież po to tu przyjechałem.

DSC_0130

No to fru!