Out of space

Posted by

Wyjeżdżając z Paksane, w którym wg Przewodnika LP nic nie ma (co oczywiście okazało się prawdą i zmusiło nas do spędzenia wieczoru w barze próbując ustalić nazwę lokalnej kapeli reggae), wyjechaliśmy na drogę, którą pytani autochtoni opisywali przeczącym kręceniem głowy, machaniem rękoma, czy lekkim tajemniczym uśmiechem. Zdecydowanie radzili nam jechać naokoło, przez stolicę Vientiane, co akurat nie miało dla nas sensu, bo nie tyle chodziło nam o dobrą drogę, co o ciekawą.

Paksański bar

 Pola ryżowe po drodze

 

Droga asfaltowa miła dla motorków i naszych zawieszeń skonczyła się dość drastycznie po 76 km w miejscowości Thasi. Po prostu dojechaliśmy do T -akiego skrzyżowania, gdzie zarówno w prawo jak i w lewo biegły gliniasto-kamieniste trakty. Zgodnie z obranym kierunkiem skręciliśmy w lewo. Kolejne dopytywanie miejscowych o kierunek Phansavan i ich dziwne reakcje wciąż wzbudzające nasze podejrzenia. Wszystko wyjaśniło się kilkaset metrów dalej, gdzie budowano most, ale wg moich szybkich obserwacji, budowa mogła potrwać jeszcze od 2 tygodni do 3 lat w zależności od tego czy robotnicy wstaną, wyjdą z wody, przestaną się gapić na wszystko dookoła i wezmą się do roboty, czy nie. Oczywiście drogowcy zapewnili przejazd alternatywny dla tych, którym naprawdę zależy na dostaniu się na drugą stronę. Rzeka była na tyle płytka, lub specjalnie „spłycona” w niektórych miejscach, że dało się przejechać czymś co ma dość wysoko wlot powietrza i w miarę duży prześwit a nasze motorki miały.

Przeprawa w Thasi

Pozostała jeszcze kwestia nauczenia się trasy obserwując przejeżdżające pickupy i ciężarówki. Ostatecznie poszło lepiej niż można by się spodziewać po motorkach i dały radę przejechać ok. 100 m dystans z momentami zanurzonym silnikiem i wydechem.

 Tak w mistrzowskim stylu zrobił to Lobo

Zadowoleni z siebie i motocykli (zasłużyły żeby nazwać je tak) ruszyliśmy do przodu śmiejąc się że pewnie o to chodziło miejscowym i najgorsze już za nami. Po kilkuset metrach dojechaliśmy do analogicznej sytuacji, ale tym razem rzeka była jeszcze większa i bardziej wartka. Przejeżdżające przez nurt ciężarówki oraz wątły mostek dla pieszych nie napawały optymizmem.

Przeprawa nr 2, znana jako „Prawie Udana”

Ostatecznie zdecydowaliśmy się przejechać rzeką, mostek wydawał się być zbyt wątły by nas przeniósł i zbyt wąski by prowadzić. Było głęboko i w pewnym momencie zmyliliśmy trasę tak, że motorki miały wodę na wysokości dołu baku. Zabrakło mocy, silnik zadusił się dokładnie w największym nurcie. Przepychałem motorek o 10cm i trzymałem na hamulcu ręcznym, żeby nurt mnie nie cofał. Po jakiś 10 min walki udało się i padliśmy z motorkiem na brzegu. Z tyłu Lobo właśnie znalazł się w tej samej sytuacji. Jak na prawdziwego kolegę przystało, wyciągnąłem z plecaka aparat, dodałem otuchy robiąc zdjęcie, schowałem aparat i nie tracąc ani chwili ruszyłem z pomocą.

Honda Win lose

Po chwili mogłem już delektować się obelgami na brzegu, a motorki powoli wypuszczały wodę z wydechów i innych otwartych rurek. Postanowiliśmy dać trochę czasu na odwodnienie motorków i schłodzenie siebie w rzece, tym razem w formie świadomej i relaksacyjnej.

Chwila relaksu na trasie

Motorki zadziwiły dość łatwym odpaleniem i gotowością do dalszej jazdy. Odświeżeni, z suszącym się praniem na plecakach wyjechaliśmy prosto w gliniano-kamieniste klepisko uczęszczane w 95% przez pickupy Toyota (przekrój wielopokoleniowy). Nasza podróż przebiegała głównie w pyle pickupów a z czasem kompletnie samotnie przez następne ok. 130 km. Droga wiodła przez malutkie wioski i górskie, wyschnięte tarasy ryżowe.

 Okoliczne wioski

 Transport gigantycznych drzew z dżunglii

Z jakiego to filmu?

 Całe życie piach w oczy

Pięliśmy się coraz wyżej, wg mapy w okolicach 2,5tys szczytów, gdzie z krótkich spodenek i T-shirtów stopniowo zmieniliśmy ubranie na kurtki i spodnie. Asfalt zobaczyliśmy dopiero po zmroku i od razu zajechaliśmy do pierwszego napotkanego guest housu za co nasze siedzenia są nam wdzięczne do tej pory. Miejscowość do której dojechaliśmy okazała się wioską Muang Khoun oddaloną tylko 30km od Phansavan – miasta do którego zmierzaliśmy.

Po najcięższym dniu jak dotychczas
 Drzwi nie spodziewały się tu Loba

Wyczytałem, że w wiosce jest ciekawa, odbudowana buddyjska gompa i poszliśmy do baru na szklankę ciężko zasłużonego bimbru LaoLao. Siedzieliśmy sami w barze przy stoliku z obracanym blatem. Zachciało mi się zrobić zdjęcie obracanych kieliszków z flaszką na środku, przez co 2 z 4 kieliszków nie oparły się sile odśrodkowej, ani kamiennej posadzce. Zleciała się obsługa, przepraszając pomogliśmy wyzbierać szkło, szybko stwierdziliśmy, że chyba bardziej się tym przejmujemy niż oni i wszyscy wyluzowali. Płacąc na migi pokazałem na rozbite kieliszki, żeby doliczyli do rachunku. Wynikło z tego coś, czego właściwie mogliśmy się spodziewać. Pani nie policzyla nas za rozbite szkło, co więcej nie policzyła nas również za dwie rozbite banie, bo przecież ich nie wypiliśmy. Starając się wyjaśnić nieporozumienie jeszcze bardziej się pogrążaliśmy co powodowało pogłębiający się wyraz niezrozumienia na twarzy kelnerki. Ostatecznie zakończyliśmy sprawę podobnie jak wiele razy wcześniej mówiąc „nie dogadamy się, prawda?”, zapłaciliśmy zaniżony rachunek i poszliśmy spać, bo już nawet karawana mrówek przechodząca przez naszą łazienkę z jakąś ważną misją poszła spać po prostu zastygając w miejscu na ścianie. Ech, Lao.

 Miejscowi sprytnie wykorzystują pozostałości po zrzucanych tu bombach

 Wspomniana gompa była bliżej niż mogliśmy się w nocy spodziewać

Rano uświadomiliśmy sobie, że za ogrodzeniem jest gompa o której czytaliśmy, co utwierdziło nas w przekonaniu, że czas ruszać dalej do Phonsavan zobaczyć tajemnicze Plain of Jars.

Lobo zjeżdżając z asfaltu na ta drogę: -No, wreszcie normalna droga.

Miejsce to, to coś w stylu lokalnego Stonehenge. Kilka poletek z poustawianymi dość chaotycznie kamiennymi słojami, które wg archeologów są datowane na początek naszej ery. Nikt nie wie do czego te kamienne beczki służyły, ale nie brakuje teorii, że np. do pędzenia alkoholu i inne dziwaczne pomysły. Równie dobrze mógłby być to rodzaj prehistorycznych anten satelitarnych. Tak czy inaczej o tego typu miejscach zwykle można powiedzieć tylko jedno: zadziwiające i ruszyć dalej.

Zadziwiające!

 Okoliczne progi rzeczne

My niestety zostaliśmy tu dwie noce ale nie było specjalnie nudno. Spotkaliśmy Polaków na motorkach jeszcze gorszych od naszych, takich większych skuterach. Chłopaki zdecydowanie od nas starsi, jednak starający się wykorzystać ich 3 tygodnie do granic możliwości wątroby i motorków. Dobrze było wymienić doświadczenia zwłaszcza, że oni jechali z północy, gdzie my się kierujemy. Wieczorem skusiła nas perspektywa odmiany żywieniowej w postaci hindyskiej restauracji. Nie mieli serka paneer ale jedzonko pyszne. Z braku miejsca przysiedliśmy się do ok. pięćdziesięcioletniego Holendra o imieniu Jon. Dość szybko nawiązała się bardzo ciekawa rozmowa. Jon od kilkunastu lat w podróży, nie przestawał nas zadziwiać opowieściami z ciekawych zakątków świata. Po drodze trochę pracuje jako instruktor nurkowania, nauczyciel angielskiego, czy w ostateczności wraca na jakiś czas do Holandii, gdzie siostra załatwia mu pracę polegającą na szukaniu miejsc zgodnych ze scenariuszami filmowymi żeby nakręcić zdjęcia. Historia jakich wiele się po drodze spotyka, jednak ten człowiek nie był rodzajem nawiedzonego pseudoguru, czy faceta z kryzysem wieku średniego. Naprawdę inteligentny facet z olbrzymim doświadczeniem podróżniczym.

Rano uświadomiliśmy sobie, że pranie które zachciało nam się oddać do pralni będzie na 6 po południu a nie rano i tak to wygospodarował się czas na napisanie posta, przy czym tym razem podzieliliśmy się z Lobem odcinkami drogi, żeby nie wchodzić sobie w słowo.

Hawk

Dobre posłowie:
Mogę śmiało uspokoić co niektórych, Lobo z czasem nabrał wprawy w jeździe na swoim motorku, na tyle że czasem aż zaskakuje. Raz świetnie przelawirował pomiędzy dziurami w moście, coraz lepiej wchodzi w zakręty (prawie zamyka opony), bez problemu radzi sobie w terenie. Nie ma sensu się martwić, chyba że tym, że zechce sobie kupić motocykl po powrocie 😉

Lobo coraz bliżej od zamknięcia opony

Założyciel bloga, podróżnik, osioł.