Kilka suchych faktów

Posted by
Postanowiłem napisać trochę praktycznych porad na zakończenie wietnamsko-laotańskiej przygody. Może komuś się przyda a i ja wyciągnę przy okazji wnioski i wykorzystam w przyszłości.
Na początek trochę o podróżowaniu w tej części świata na motorkach. Przede wszystkim jest to najpopularniejszy środek transportu tutaj i nie bez powodu tak się dzieje. Można wszędzie wyjechać, załadować ile się się chce, mało pali i nie wymaga szczególnej troski.
Motorki
Wrzucam szybki filmik z motorków po Laosie/Wietnamie dla zobrazowania tematu.

 

Honda Win-czterosuwowy motorek 110ccm, kompletnie nudny. Właściwie nie mieliśmy nawet oryginalnych japońskich Hond, tylko motorki zrobione na licencji Honda przez Koreanczykow (Vecstar) i Indonezyjczykow (SportHonda). Kupiliśmy je za ponad 300USD za sztukę w wietnamskim Hoi An, sprzedaliśmy po ok. miesiącu za 160USD. Kilka faktów przeważyło o decyzji zakupu akurat tego: popularny, wytrzymały, manualna skrzynia biegów, w miarę solidne zawieszenie i koła. Właściwie nie miały tu konkurencji. Ciężko znaleźć tu coś większego poza Minskiem, który jest o wiele bardziej awaryjny, więcej pali i do tego dwusuw.

Gotowy do drogi
Po ciężkiej drodze
 W serwisie
Na stacji benzynowej

 

Do jazdy tutaj trzeba przywyknąć. W Wietnamie ciężko zauważyć jakiekolwiek zasady ruchu. Kiedy jest sygnalizacja, wszyscy traktują światła bardzo „elastycznie”.  Generalna zasada to patrzeć przed siebie, niech jadący z tyłu uważają na ciebie. Nie skręcać gwałtownie, jechać płynnie w tempie reszty motorków. Do tego najważniejsze, czyli echolokacja jak mawiał Lobo. Przy każdym manewrze, lub gdy chcemy być zauważeni, trąbimy. Wypadki oczywiście często się zdarzają, ale przy jeździe 50km/h zwykle kończą się zadrapaniami i nikt specjalnie się tym nie przejmuje. W Laosie jeżdżą trochę szybciej, ale bardziej czytelnie i używają kierunkowskazów. Dla porównania, jest gorzej niż w Tajlandii, ale i tak lepiej niż w Indiach.
Do jazdy na motorku nie jest potrzebne prawo jazdy. Właściwie oficjalnie to jest, ale honorują tylko wietnamskie, którego turyści nie mogą zrobić, jednak nie spotkałem przypadku żeby ktokolwiek o to pytał.
Przekraczanie granicy motorkiem to osobny temat. Oficjalnie nie można, w praktyce zależy to od przejścia granicznego. Trzeba wcześniej przeszukać fora turystyczne gdzie ludziom się udało (Cha Lo) a gdzie mogą być problemy (Lao Bao).
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to kaski można kupić na miejscu, gorzej z jakimikolwiek ochraniaczami czy rękawiczkami, które lepiej przywieźć ze sobą, ewentualnie w sklepie z militariami w Saigonie można kupić.

Kwestia zapewnienia bezpieczeństwa jest w przypadku kasku raczej drugoplanowa

Jazda nie jest jakaś specjalnie trudna, ale trzeba mieć jakiekolwiek doświadczenie motocyklowe poza motorynką brata kuzyna. Motorki tutaj to rzadko jednoślady, raczej krzywe, rozklekotane składaki, dlatego nie jeździ się tym zbyt pewnie i trzeba mieć pojęcie o utrzymaniu tego w stanie używalności. Z narzędzi po drodze przydawał się oczywiście tzw. multitool, taśma izolacyjna, zapasowa dętka, kupione na miejscu klucze, gumy i taśmy do mocowania bagaży.

Foto
Pierwszy raz na wyjazd nie zabrałem lustrzanki, tylko mały kompakt (samsung ex1), co z resztą widać po zdjęciach. Nie nastawiałem się specjalnie na fotografowanie a w razie zmiany zdania kompaktem też się da coś uchwycić a przynajmniej nie jest tak wielki i ciężki. Lobo podobnie, zostawił lustrzankę w domu i zabrał fuji x10. Mieliśmy okazję trochę je potestować, więc od razu kilka wniosków: samsung ex1 mial zasadniczą wadę, czyli brakowało mu zakresu (przysłona/czas) w silnym słońcu. Musiałem od razu nakręcać filtr polaryzacyjny żeby go ściemnić. Mułowaty zoom, brak wizjera, ograniczone możliwości nastaw w trybie czarno-białym potrafiły lekko irytować. Na plus trzeba wspomnieć o jasnym obiektywie, małej wadze i rozmiarach. Lobowe fuji x10 właściwie pokochałem. Możliwości jak w lustrzance, sprytnie pomyślany, szybki, tylko sporo większy, cięższy i droższy.
Ciuchy i sprzęt
Cały czas uczę się jak spakować się perfekcyjnie, czyli zabrać wszystko co potrzebne, nic co się nie przyda i zmieścić to w plecak, żeby mało ważyło.
Dobrym pomysłem było zabranie części ciuchów z którymi chciałem się już rozstać. Po prostu kupując pamiątkowy t-shirt jednocześnie wyrzucałem starą przepoconą koszulę, czy rozdarte na motorku spodnie. Nie ma co specjalnie martwić się o ciepłe ciuchy. W radzie potrzeby można bardzo tanio kupić podróbki trekkingowych marek. Lepiej zabrać koszule/bluzy z długim rękawem, wtedy słońce nie spali rąk a w razie potrzeby można zawsze podwinąć czy obciąć. To samo ze spodniami. Klasyczny zestaw butów (pełne, sandały, klapki pod prysznic) powiększyłem o coś co już od dawna mnie intrygowało. Pięciopalczaste buty do lekkiego trekkingu (vibram fivefingers). Ciekawa sprawa, dziwnie się chodzi, ale przyjemnie. Na początku bolą łydki bo zaczynają pracować mięśnie, których nie używamy chodząc w zwyczajnych butach. Na pewno jest lepszy kontakt z podłożem i całkiem wygodnie. Niestety przy lekkim błotku czy wodzie bardzo łatwo przesiąkają między palcami, nasiąka wewnętrzna skórzana podeszwa, która nie schnie zbyt szybko i butki trzeba odwiesić na jakąś dobę. Pomysł ciekawy, ale nadaje się to raczej w suchy teren. Butki wzbudzały dość duże zainteresowanie miejscowych. Niektórzy myśleli że to protezy stóp, inni chcieli odkupić za 3USD lub się zamienić, jeszcze inni dotknąć.

Palczaki

Niepotrzebnie wziąłem śpiwór, wystarczył zwykły wkład bawełniany, który Lobo ochrzcił pokrowcem na człowieka. Zwykle nawet w najgorszych dziurach dostawaliśmy ręczniki, jednak kto czytał/oglądał „Autostopem przez Galaktykę” ten wie, że zawsze trzeba mieć ze sobą ręcznik. Jeśli ktoś lubi/potrzebuje być w kontakcie dobrze zabrać smartphona z wifi, coraz rzadziej można znaleźć kafejki internetowe a bardzo często są dostępne otwarte sieci wifi. Oczywiście można też kupić na miejscu jakiegoś chińskiego ajfona. Można też po prostu nie przejmować się takimi rzeczami i udowodnić sobie, że życie offline jest wciąż możliwe a wręcz przyjemniejsze.
Nie ma sensu zabierać map czy przewodników. Na ulicach za ok. 5USD można kupić każdy przedruk Lonely Planet.
Nie sprawdziłem zaopatrzenia aptek, ale zawsze wolę mieć swoją apteczkę.
Duże, mocne worki na śmieci okazują się bardziej wielofuncyjne niż mogłoby się wydawać.
Dobry spray od komarów, czy dodatkowo moskitiera to zawsze dobre pomysły. Testowałem coś o nazwie mugga. Faktycznie działa, ale lepiej używać na swieżym powietrzu, po użyciu w pokoju samemu można zostać ofiarą tego środka.
Z pieniędzmi najlepiej oczywiście mieć kilka opcji, bo bankomaty bywają tu kapryśne. Osobiście preferuję 2 różne karty i trochę gotówki w USD (nowe, ładne banknoty – stare i wymięte ciężko wymieniać w kantorach).

Koniec tych kryptoreklam i porad. W razie potrzeby proszę pytać śmiało.

Założyciel bloga, podróżnik, osioł.